poniedziałek, 14 maja 2012
Chyba dobrze się stało, że polscy 17-latkowie nie awansowali do finału mistrzostw Europy. Głodny sukcesu kraj, ustami i piórami dziennikarzy uczyniłby z nich bogów. Ci poczuliby się jak bogowie i... w przypadku większości właściwie tyle. A tak być może na chwilę o nich zapomnimy i będą mogli w ciszy i spokoju kontynuować dobrze zapowiadające się kariery. Z drugiej strony byłoby miło w końcu pokonać Niemców. Chłopcom jednak do Manchesteru City trochę brakuje.
czwartek, 03 maja 2012
Czy kibice wybierając polską piosenkę na Euro zrobili sobie jaja? Bogu dzięki nie będzie to oficjalny utwór, który za każdym razem wybiera UEFA. Będzie jedynie zagrzewała Polaków do boju. Smutne jest to, że inne propozycje poddane pod głosowanie wcale nie były lepsze. Kibice wykazali się więc przynajmniej poczuciem humoru. Może lepiej było, aby to sama drużyna lub szefostwo polskiej piłki zamówiło stworzenie takiej piosenki? Ale z drugiej strony, jaką mamy pewność, że panowie wykazaliby się dobrym smakiem i muzycznym gustem i że nie zadziałałyby tu prywatne interesy? Faktem jest, że jeśli już UEFA da nam wolną rękę, zawsze musimy to spieprzyć... A przecież można tak - Three Lions - Football's Coming Home - angielska piosenka na Euro'96
wtorek, 01 maja 2012
Nie rozumiem, dlaczego klub Wisła Kraków reklamuje w internecie odegranie Time to say goodbye po meczu z Cracovią. Samo puszczenie tego utworu jest już wystarczającym chamstwem. Takie gesty tylko usprawiedliwiają niecne zachowania na trybunach i poza nimi. Na tegorocznych derbach nie spisał się więc nikt. Może poza Meliksonem. To chyba dobrze, że derbów tak wiele już nie będzie. Bo spowszedniały i świętem w Krakowie już nie są. Choć trener Pasów Tomasz Kafarski uważa, że jego drużyna jeszcze nie spadła. Zawsze bowiem - jego zdaniem - ktoś może nie dostać licencji. Tak przecież Cracovia już raz się utrzymała (kosztem ŁKS). Pytanie tylko, czy wypada się cieszyć, że w lidze zostaje się tylko na papierze? Wśród potencjalnych ofiar tym razem znajdować się ma Termalica Bruk-Bet z Niecieczy, walczący o awans lider ekstraklasowego zaplecza. Teoria zdaje się nawet być bliska optymistom z Krakowa. Beniaminek, jeśli nie dostanie pozwolenia na grę na własnym stadionie, wybierze najbliższy z licencją, czyli ten przy ulicy Kałuży. I wtedy mój dobry kolega nie będzie już musiał mówić, że tak piękna arena zmarnuje się w I. lidze.
środa, 25 kwietnia 2012
Zdaje się, że wczoraj był finał Pucharu Polski. Tak coś mi przemknęło w radiu podczas powrotu z pracy. No i właśnie do tego wciąż doprowadza się walkę o trofeum, które jest wprawdzie obok ligi, ale też cholernie ważne. Przecież zwycięzca reprezentuje nas w europejskich finałach. Anglicy traktują FA Cup niemalże na równi z Premier League. Małą sensacją jest, gdy trener powie, że na pucharze jego drużynie nie zależy. A finał? Oczywiście na Wembley, w obecności reprezentanta rodziny królewskiej. Zresztą na Wembley grywało się nawet finały baraży o czwartą ligę. Z szacunku do futbolu. A w Polsce? Finał Pucharu Polski wyznaczono w środku tygodnia (co ja mówię? środek? początek!), na godzinę 18.00, kiedy spora część ludzi albo jeszcze jest, albo dopiero wraca z pracy. I myśli raczej o wieczornym spotkaniu Barcelony z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów. 10 tysięcy widzów na finale walki o legendarne polskie piłkarskie trofeum to smutny obrazek. Puchar Polski nie doczekał się nawet oficjalnej strony internetowej. Może trzeba było pójść za ciosem i jako finał zaliczyć wynik wiosennego meczu ligowego Legii z Ruchem? Przecież wcześniej i takie przypadki w naszym futbolu się zdarzały.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Oczywiście, że nie pamiętam tamtych wydarzeń. Byłem przedszkolakiem i nawet nie wiem czy mówiło się o tym w Polskich mediach. Czytając o tym po latach zachodzę w głowę, jak takie coś było możliwe w 1989 roku. Czyli w czasach nowoczesnych i cywilizowanych. W dodatku w cywilizowanym kraju. Na stadionie Sheffield Wednesday Liverpool walczył z Nottingham Forest w półfinale Pucharu Anglii. Tysiące kibiców "czerwonych" chciało dopingować swą drużynę. Jednak procedura "odprawy" fanów przy bramach stadionu przedłużała się. Zniecierpliwienie narastało tuż przed pierwszym gwizdkiem, gdy na boisko obie drużyny już wybiegły. A fani, którym udało się wejść na stadion wcześniej, przywitali ich brawami. W końcu ochrona zdecydowała się otworzyć bramę, zamiast wpuszczać pojedynczo przez kołowrotek. Tłum wpadł na trybunę, na której już było ciasno. Ci, którzy stali najbliżej murawy zostali przyparci do muru. Przez zadeptanie i uduszenie zginęło 96 osób, a ponad 700 zostało rannych. Mecz przerwano po 6 minutach. Teraz w wielkiej piłkarskiej Europie to już chyba niemożliwe. Kilka lat temu pełen podziwu patrzyłem na ewakuację stadionu Santiago Bernabeu. Ktoś w czasie meczu zadzwonił z informacją o bombie. W ciągu dwóch minut 80 tysięcy ludzi po prostu wyparowało. W Polsce jesteśmy świadkami historii, bo przecież u nas, wraz z powstaniem kolejnego nowoczesnego stadionu, jest tak samo. Bogu dzięki, bo jeszcze w 2006 roku mogliśmy mieć powtórkę z Hillsborough. Prywatnie, z przyjaciółmi, wybrałem się na Stadion Śląski, na mecz Polska-Kolumbia. Na pożegnalny występ kadry Janasa przed Mistrzostwami Świata w Niemczech. Na mecz, w którym Kuszczak puścił słynnego babola. Bilety tanie jak barszcz. PZPN chciał, żeby przyszło jak najwięcej ludzi. Mecz już trwa, a my wraz z kilkoma tysiącami innych ludzi wciąż w kolejkach do kasy. A potem do wejścia na trybuny. Niby kibicujemy jednej drużynie, ale wszyscy się kłócą i przepychają. Gdy teraz czytam o wydarzeniach z Sheffield, myślę sobie: w Chorzowie mogło być podobnie. Może nie z niemal setką zabitych, ale podobnie. Pchając się do bram nie wiedzieliśmy przecież, że Polska przegra 1:2.
źródło: telegraph.co.uk
sobota, 04 lutego 2012
Przedzierając się przez rozkopane Rondo Ofiar Katynia w Krakowie spotkałem znajomego Amerykanina, który postanowił zamieszkać w Polsce na zawsze. Było to w połowie prac remontowych i nie wiadomo, kto miał gorzej: kierowcy stojący w korkach czy piesi brodzący w błocie i biegający dookoła w poszukiwaniu przejścia przez ulicę. - Idę piechotą, bo jest szybciej niż autobusem - mówi znajomy. - Nie chcę cię straszyć, ale tak będzie jeszcze przez rok. Mają opóźnienie w budowie - odpowiadam - Ale w końcu to zrobią i będzie super! Dla kolegi zza oceanu najważniejszy jest efekt. Nieważne kiedy - ważne, by się poprawiło. W Polsce myśli się inaczej. Najpierw zmuszą się inwestora, aby zadeklarował jak najkrótszy czas realizacji. A potem punktuje się niedotrzymanie obietnicy z dokładnością do jednego dnia. Mało tego - w trakcie realizowania inwestycji monitoruje się postęp prac i sprawdza czy gołym okiem widać, że zdążą czy też nie. I to właśnie dlatego inwestorzy, politycy i urzędnicy robią wszystko, aby pokazać, że zdążyli. Nawet jeśli wyjdą na durniów. Ogłoszono, że stadion narodowy jest gotowy i zorganizowano koncert. Ale Superpucharu Polski rozegrać się już nie da. Czyli na stadionie piłkarskim nie może się odbyć mecz. Obyłoby się bez awantury, gdyby budowniczy spokojnie mogli doprowadzić inwestycję do końca. Bez presji polityków chcących się wypromować i bez ciśnienia w postaci zaplanowanych meczów Wisły z Legią i Polski z Portugalią. Swoją drogą nie widzę powodu, aby meczem otwarcia musiał być akurat Superpuchar. Czy nie lepiej z tradycją rozgrywania go na Narodowym poczekać do końca Euro? Po takiej imprezie, rozpoczęcie nowego sezonu ligowego właśnie Superpucharem byłoby bardziej uzasadnione. Ktoś jednak powie, że przed Mistrzostwami Europy trzeba stadion przetestować pod kątem "meczu podwyższonego ryzyka". Jeśli takim ma być Superpuchar - to na Narodowy chyba nie zasługuje...
wtorek, 10 stycznia 2012
Zawsze było mi żal, że nie mogłem oglądać na własne oczy legendarnych piłkarskich bohaterów. I zachwycać się nimi wraz z całym światem. Zawsze uważałem, że nieprawdopodobne szczęście mają ci, którzy mogli oglądać w akcji George'a Besta, Pelego czy Maradonę. Ja tego ostatniego pamiętam ze schyłku kariery. Van Bastenem i Gullitem byliśmy zaś sami, na podwórku. Wiedzieliśmy z kolegami, że są znani i dobrzy, ale byliśmy za mali żeby rozumieć ich grę. Było mi żal, ale gdy patrzę na Leo Messiego, to już mi nie jest. O Argentyńczyku z podobnym żalem będą czytały nasze dzieci. A Thierry Henry strzelił wczoraj gola w pierwszym meczu po powrocie do Arsenalu. Dokładnie w takim stylu jak wtedy, gdy odchodził do Barcelony...
źródło: eurosport.pl
niedziela, 08 stycznia 2012
Polscy piłkarze na kilka dni przed Euro zagrają towarzyski mecz z Andorą. Rywale zajmują 206. miejsce w rankingu FIFA. W swojej krótkiej, 15-letniej historii występów na międzynarodowej arenie, wygrali tylko trzy razy. Ponoć to Franciszek Smuda zabiegał o jak najsłabszego sparingpartnera tuż przed turniejem. Wszystko po to, aby nastrzelać mu dużo bramek i poprawić w ten sposób morale drużyny. A co jeśli tak samo myśli o nas Hiszpanie przed mistrzostwami świata w RPA?
sobota, 07 stycznia 2012
Michał Żewłakow publicznie oznajmił, że po raz pierwszy od wielu lat przerwa zimowa trwała u niego trzy tygodnie. Grając bowiem na zachodzie (to znaczy w Belgii, Grecji), a potem jeszcze w Turcji, po zakończeniu rundy jesiennej miał zaledwie kilka dni wolnego. A potem znów do roboty. Wciąż nie rozumiem, dlaczego tak trudno wprowadzić w Polsce europejskie standardy. Skoro piłkarze, którzy pograli w innych ligach mówią już o nich mimochodem...
sobota, 03 grudnia 2011
Los ma to do siebie, że czasem lubi zrobić z ciebie idiotę. Mniej więcej na godzinę przed losowaniem Euro 2012, wspólnie z Markiem Gilarskim z Przeglądu Sportowego, pogrzebaliśmy nadzieję kibiców, którzy wymarzyli sobie grupę z Grecją, Rosją i Czechami. Redakcja dziennika wyliczyła bowiem, że szansa na wylosowanie takiego zestawienia wynosi jakieś 1,5 procenta. W momencie kiedy ukazał się kartonik z napisem Russia, zacząłem pokładać się ze śmiechu. Los sprzyja nam już na czwartej ważnej imprezie w ciągu dziesięciu lat. Sprzyja mimo, że polscy piłkarze do tej pory zachowywali się wyjątkowo niewdzięcznie. Chodzi oczywiście o spektakularne zawalenie Mistrzostw Świata w Korei i Japonii, a później w Niemczech. I trochę mniej haniebny występ w Austrii i Szwajcarii na Euro. W publikacjach prasowych i w kibicowskich komentarzach daje się zaś odczuć małą konsternację. Nie da się powiedzieć, że wyjście z grupy mamy w kieszeni, bo poprzednie imprezy pokazały co innego. Nie można powiedzieć też, że to grupa trudna, bo w oczywisty sposób pozostałe są trudniejsze. Pojawiły się więc głosy niezadowolenia, że to grupa... nudna i że w Polsce nie zobaczymy prawie w ogóle wielkich gwiazd. Znać, że wreszcie dojrzeliśmy do tego, by mówić o sobie jako o piłkarskim trzecim świecie. |